Powered by Spearhead Software Labs Joomla Facebook Like Button

Potyczki w warzywniku

Teresa Jaskierny Zdjęcia: Andrzej Szeliński


Ludzi coraz częściej ciągnie na wieś jak wilka do lasu. Pani Danusia, nasz miejscowy autorytet moralny i znawczyni dusz, twierdzi, że odzywa się w nas pamięć przodków, ponieważ wszyscy – jak wiadomo – wyszliśmy z lasu i z jaskiń, a niektórzy nawet całkiem niedawno...

Tak czy inaczej, kiedyś, gdy o 6 rano przekraczałam prędkość na całkowicie pustej drodze do miasta, byłam samotna i wolna jak ptak. Dziś jadę w tłumie i zastanawiam się, czy nie zacząć wstawać o 5. Okoliczne wioski w przerażającym tempie zapełniają się domami miastowych, a każdy musi jakoś dojechać do pracy. Chwała bogu, że mam swój kawalątek lasu i nikt mi moich drzew nie wytnie i nie wybuduje czegoś pod oknami. Niedawno wpadłam na targu na dawnego kolegę z roku – też okazuje się mieszka na wsi i to całkiem niedaleko. Właśnie ożenił się po raz trzeci i z młodziutką żoną oraz dwuletnim synkiem kupili mały, biały domek pod lasem. Druga żona nie była tak wyrozumiała jak pierwsza i rozwód kosztował trochę czasu i pieniędzy. Niestety, synek chowany na mleku z proszku i słoiczkowym jedzeniu jest strasznie alergiczny i kolega musi mu zdobywać ekologiczne warzywa, mięso i jaja.

reklama

Poradziłam mu, żeby założył warzywnik, ale popatrzył na mnie jak na nawiedzoną. Może i ma rację. Kiedy przed laty zakładałam swój pierwszy, osobisty warzywnik tuż za oknami kuchni, nie miałam pojęcia, za co się biorę. Porobiłam grządki, posadziłam zioła, warzywka i oczami duszy już widziałam siebie spacerującą o świcie wśród krzewów ziół i pysznych pomidorów, które zrywam z krzaczków, by z rozkoszą wgryźć się w ich soczysty tyłeczek. Nie wiedziałam, że ekosystem poradzi sobie beze mnie i konsumpcją wschodzących roślinek zajmą się z radością inne żyjątka, niekoniecznie dwunożne. Na szczęście zlitował się nade mną związek zawodowy ślimaków i pod jesień, po przegłosowaniu, zostawił mi na grządce 30 procent marchewek, które ze wzruszeniem sfotografowałam dla potomności . Od tej pory wiele się nauczyłam, ale muszę przyznać, że mój warzywnik to efekt bezwzględnej walki o przetrwanie pomiędzy mną a mrówkami, pędrakami, myszami i kto wie, czym tam jeszcze. Tylko do ślimaków mam pewien sentyment. Ten dzielny brzuchonóg sunący uparcie przez życie na jednej umięśnionej, samonawilżającej się nodze imponuje mi tym, że wszystko w jego życiu dalekie jest od pośpiechu. Podobno też większość z nich jest hermafrodytami i podejmuje decyzje co do określenia swojej płci dopiero w czasie gry wstępnej. Zawsze się zastanawiam, jak dochodzą do porozumienia, kto jest samcem, a kto samicą i ile wieczorów mogą im popsuć nieporozumienia na tym tle.
Pozdrawiam serdecznie znad zagonka truskawek  


Teresa Jaskierny
Fot. A. Szeliński

Weranda Country nr 4/2011