Powered by Spearhead Software Labs Joomla Facebook Like Button

Paczka od rolnika

Paczka od rolnika
 
 


Podobno Polak zjada co roku trzy pudełka proszku do prania. Nieświadomie. To nawozy, sterydy i inne chemiczne świństwa, jakimi szprycowane są warzywa czy wędlina. A przecież możesz zamówić wiejską paczkę lub poszukać w okolicy swojego Pana Ziółko.

Moi znajomi z Radości nie wyobrażają sobie weekendu bez wyprawy na sobotni bazarek w Falenicy. Wracają objuczeni i szczęśliwi i już po drodze podjadają z koszyków. Fani przyjeżdżają nawet z drugiego końca Warszawy. Wszystko przez Pana Ziółko i jego bawole serca.

Za Ziółkiem przez prerię
Piotr Rutkowski (Ziółko to jego pseudonim artystyczny) razem z żoną Marylą prowadzi ekologiczne gospodarstwo i od lat przywozi co tydzień świeżutkie smakołyki: fenkuły, karczochy, kwiaty cukinii, kukurydzę, groszek cukrowy, dynie, marchew, ogórki, różne sałaty i oczywiście pachnące zioła. W środy odwiedza ze skrzynkami warzyw także stolicę. Wieść o tym lotem błyskawicy obiegła fora internetowe. Wygląda to mniej więcej tak: – Od której Pan Ziółko jest na Zakroczymskiej? – pyta Zocha. – Od 12 do 18 mniej więcej – odpowiada kropkaa, która przyznaje, że chyba się zamieni w pomidor od jedzenia tych bawolich serc. – Dzięki:-) – A jak sprawa dojazdu? – Samochodem wjechać w dróżkę prowadzącą do Fortecy. Jadąc od Wytwórni Papierów Wartościowych do Wisłostrady w stronę północną, w prawo skręca się mniej więcej na wysokości, jakbyś chciała skręcić w lewo, by wjechać na most Gdański. I jak dorożką przez prerię. Pan Ziółko, zachęcony sukcesem, założył stronę w internecie. Można u niego zamawiać telefonicznie warzywa i odbierać paczki raz w tygodniu.

reklama

Od sąsiedzkiej kury
W Czarnej Strudze między Radzyminem a Warszawą co sobota życie towarzyskie kwitnie wokół straganu pana Przemka. Tu można wszystko powąchać, pomacać, ba, zaprzyjaźnić się z kurą, która znosi jaja na twoje niedzielne śniadanie. Schodzą się więc sąsiedzi z okolicy, biorą, ile wejdzie do toreb: warzywa, miody z mazurskiej pasieki, przepyszny domowy bigos, wiejskie ciasto. Przy okazji poplotkują, ponarzekają na komary, burmistrza, który powinien miasto i okoliczne krzaki opryskać, na warszawiaków, że wywalają im do lasu śmiecie, i deweloperów, którzy tak postawili domy, że ciągle komuś zalewa, a to ogródek, a to garaż.

Vegebox kontra chłop
Pomysł jest prosty. Rano zebrane z pola plony po południu mają trafić do klientów w mieście. Na pomysł paczki od chłopa wpadł w ubiegłym roku młody rolnik spod Tarnowa Jan Czaja wraz z grupką znajomych. – Przestało się nam  opłacać prowadzenie gospodarstw, trzeba było coś wymyślić – mówi. Postanowili pominąć pośrednika i wyhodowane przez siebie warzywa dostarczać do zamawiających. Przedstawiają się na swojej stronie, zapraszają do gospodarstw na wakacje. Dzięki temu wiesz, co kupujesz, nie płacisz wyśrubowanej marży, a rolnik dostaje godziwą zapłatę za pracę. – Wszyscy mamy certyfikaty i prawo do używania logo zielonego liścia. Działają na razie na południu. Na ich stronie odrolnika.pl zarejestrowało się już 300 klientów, do Krakowa co tydzień dostarczają około 20 paczek. Ale idą do przodu. Od niedawna współpracują z firmą kurierską i rozsyłają paczki na cały kraj. Zachęcają do współpracy małe rodzinne gospodarstwa, w których powstają regionalne smakołyki. Miasto musi o nich usłyszeć, spróbować, uzależnić się od tego, co dobre. Vegeboksy z kolei wymyślili dwa lata temu absolwenci ochrony środowiska na Uniwersytecie Warszawskim. Współpracują z ekologicznymi gospodarstwami na Mazowszu.

Produkty odbierają rano od gospodarzy i tego samego dnia dostarczają świeżutkie do klientów. Teren działania: Warszawa i okolice. Czas dostaw – czwartki między godz. 17 a 23. „Ich” rolnicy kierują się zasadami kalendarza biodynamicznego. Zasiewy, zbiory i uprawy planują zgodnie z fazami Księżyca. – Plony uzyskane z poszanowaniem tych zasad są bardziej obfite i można je dłużej przechowywać – przekonują. Nie trzeba być rolnikiem, żeby zrobić wiejską paczkę dla mieszczucha. Któż może lepiej wiedzieć, o czym po nocach marzy tyrający pracownik agencji reklamowej, niż uciekinierzy z miasta? Agnieszka i Marek Poleszczuk wynieśli się ze stolicy, prowadzą małą agroturystykę na Mazurach. W sezonie przyjmują letników, a gdy ci wyjadą… przygotowują paczki z jedzeniem. Czego tam nie ma. Własne szynki, kabanosy, pasztety, smalec, ogórki, chleb na zakwasie, ciasta, konfitury. Tylko ręczna robota. Dostawa raz w miesiącu do Warszawy.


Tekst: Anna Ozdowska
Fotografie: Stockfood/ Free


www.odrolnika.pl

Gdzie szukać dobrego jedzenia:
• Ekoistka.pl
• Vegebox.pl
• Panziolko.pl

Weranda Country nr 6/2011