Jeśli nie posiadasz konta zarejestruj się.
Mieszczuchy na farmie
Wyjazdy integracyjne zwykle wymykają się spod kontroli. Jacky wymknął się do tego stopnia, że wylądowała na wsi i to w innym kraju.
Zapowiadał się kolejny nudny wyjazd z kolegami z pracy. Mąż Jacky chodził naburmuszony – wiadomo, co się mówi o takich imprezach. Ona też nie miała najlepszego humoru. Wolałaby spędzić weekend z rodziną w Londynie, zamiast jechać z tymi samymi ludźmi, z którymi siedzi codziennie w pracy i udawać przed szefem, że świetnie się bawi. I to aż gdzieś we Francji. Ale mówi się trudno... Więc gdy przyszedł ten dzień, wystrojona zajęła miejsce w autokarze i z miną skazańca czekała na nieuchronne. Jakie było jej zdumienie, gdy bus zajechał nie pod nowoczesny hotel, ale na starą farmę, a organizatorzy zjawili się nie pod krawatem, ale w kufajkach i gumowcach. Wkrótce wszystko się wyjaśniło...
– Wręczono nam robocze ubrania i podzielono na zespoły. Każdy dostał jakieś zadanie: sadzenie roślin, pielenie grządek, rąbanie drewna na opał… Ja nauczyłam się doić krowę – wspomina Jacky. – A ile przy tym było śmiechu! Wyobrażacie sobie mieszczuchów na farmie?
Dzisiaj w domu Jacky i Chrisa gumowce walają się na każdym kroku. On wita nas w umorusanym ziemią waciaku i z siekierą pod pachą. – Ten wyjazd odmienił nasze życie. Ale nie tak, jak zwykle odmieniają życie małżeństw służbowe delegacje – puszcza oko. – Po prostu Jacky namówiła mnie, żeby przeprowadzić się na wieś. I to do Francji – opowiada. – Znalazłam wtedy swoje powołanie. Okazało sie, że uwielbiam ciąć, pielić, grabić. No i doić – śmieje się Jacky. – Kiedy wreszcie uporaliśmy się z remontem domu, w nagrodę kupiłam sobie kilka krów. Potem doszły świnie, kurczaki, dwa kucyki, bażanty, gołębie.
Tak więc Jacky (farmaceutka) i Chris (budowlaniec), mieszczuchy z dziada pradziada, wylądowali na wsi. Początki łatwe nie były. Musieli dopasować się do innej kultury i podszkolić francuski. Nie zrażali się jednak i teraz prowadzą jedną z lepszych farm w okolicy. Uprawy i hodowla są organiczne, co znaczy, że nie używają chemii, wszystko jest eko.
Ścianę domu obsadzili bluszczem, bo ten trzyma ciepło. Ziemię ściółkują słomą, trocinami lub korą – nie wysusza się, tylko wzmacnia, więc nie trzeba jej nawozić. W ogrodzie posadzili morwę – jej liście są bogatą w białko paszą dla królików. Te ostatnie zaś hodują dlatego, że wcinają trawę (taka naturalna kosiarka – żartuje Chris). I tak dalej, i tak dalej. – To metody stare jak świat, tylko rzadko kiedy się o nich pamięta.
Gospodarstwo we francuskim Dordogne zbudowano na początku XVIII wieku. W domu z wieżą i stodole zachowały się tylko oryginalne ceglane ściany i belkowane stropy. Kominki i kamienne podłogi zrekonstruowali sami. Jacky postawiła na to co naturalne: drewno, wełnę, kamień, kolory ziemi (brązy i szarości). I tylko gdzieniegdzie surowym wnętrzom dodała szczyptę nowoczesności: zgrzebny dębowy stół zestawiła z dizajnerskimi przezroczystymi krzesłami, wiklinowe kosze z czarnym fortepianem, na którym grają córki Alice i Eliza. One też zjawiają się w gumowcach, z grabkami, i ciągną mamę, by pokazać jej świeżo narodzonego cielaka.
– Przepraszam, nie mogę im odmówić. Pojutrze znów szykuje mi się wyjazd integracyjny – tłumaczy się Jacky. – Ciekawe, czym skończy się tym razem? – śmieje się Chris.
Tekst: Vivienne Ayers/ipc media
Tłumaczenie: Monika Utnik - Strugała
Fotografie: Brent Darby/IPC media
nr 2/2012
Komentarze
Ten artykuł nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Dodaj pierwszy komentarz.
































































