Powered by Spearhead Software Labs Joomla Facebook Like Button

Pysznie we młynie

Największą ozdobą są tu modrzewiowe oryginalne belki. Reszta to tylko dodatki do nich – stół i krzesła IKEA, żyrandole Inne Meble, lampiony Belldeco, kogut TK MAXX, patera na owoce – Coqlila. Zdjęcia: Joanna Pawłowska, Stylizacja: Kasia Mitkiewicz  
 
 


Mąki wprawdzie w nim nie kupisz, koło młyńskie gdzieś przepadło. Zjesz za to gęś owsianą i czerninę z łazankami. W mistrzowskim wykonaniu.

Szary prosty budynek. Żadnych wymyślnych szyldów, tylko skromny napis: Młyn na Prowincji. Już od progu pachnie zielem angielskim i rozmarynem. Z kuchni wybiega Leszek, żeby się przywitać, ale musi szybko wracać, bo właśnie szykuje bitki z gęsi owsianej (takiej karmionej owsem). Podaje je z szagówkami – kluskami z mielonych ziemniaków, mąki i jaj, do tego kiszona kapusta z kminkiem. Tym daniem podbił serca, a dokładnie rzecz biorąc żołądki, jury na Ogólnopolskim Festiwalu Dobrego Smaku i dostał pierwszą nagrodę za regionalne smakołyki.

Po chwili pojawia się Bernadeta (zwana Aśką) z tacą pełną pyszności. Kawę wypijemy, ale tortu cytrynowo-bezowego nie pozwalam tknąć – wygląda zjawiskowo, więc zanim go zjemy, musi być uwieczniony na zdjęciach. Niestety, po paru godzinach pracy, kiedy możemy skosztować ciacha, Leszek zabiera je nam i tłumaczy: „Ten już się nie nadaje, dostaniecie nowy. Sekret dobrej bezy polega na tym, by była zrobiona z dzisiejszych jaj, a cytrynowy krem ubity najdalej przed godziną i wszystko lekko schłodzone”.

reklama

Doczekałyśmy się. Przy torcie (pycha!) pytam gospodarzy, skąd wziął się ich Młyn na Prowincji. Kiedyś gnieździli się w mieszkanku na poddaszu w poznańskiej kamienicy. Gdy na świat przyszły dzieci, Fryderyk i Marysia, postanowili przeprowadzić się pod miasto. Znaleźli dom nad Jeziorem Lednickim. Pojechali, żeby przypieczętować zakup, ale okazało się, że zostali oszukani. Podenerwowani krążyli po okolicy. Wtedy trafili na zrujnowany młyn w Lednogórze. Wybudowany w 1902 roku, pracował przez 80 lat, a potem kamień młyński zamurowano w starej studni. I odtąd budynek już tylko niszczał. Józefowscy zastali tu same ściany, dach i drewnianą konstrukcję. Podczas remontu wpadli na pomysł, by otworzyć restaurację.– Ale nie ze schaboszczakiem, frytkami i piwem, które można dostać wszędzie – mówi Leszek. – Myśleliśmy o miejscu wyjątkowym. Oboje pochodzimy z Wielkopolski, stanęło więc na kuchni regionalnej – dodaje Aśka. – Wyłącznie lokalne i ekologiczne produkty. Kaczki z przydomowej produkcji, warzywa, w tym zapomniany jarmuż, brukiew i skorzonera, owoce oraz zioła z zaprzyjaźnionych gospodarstw.

Niełatwo było wypracować sobie markę, ale się udało. Mają już znak Dziedzictwa Kulinarnego. To europejska sieć (powstała w Skandynawii) zrzeszająca wszystkich, którzy robią i produkują najlepsze regionalne jedzenie. Właściciele należą też do ruchu Slow Food, wyjeżdżają na targi, szkolenia. Teraz wybierają się do Turynu. Po nowe pomysły.

Gotowanie to dla Józefowskich jednak mało, zwłaszcza że restauracja działa tylko w piątki, soboty i niedziele. W tygodniu Asia prowadzi warsztaty kulinarne dla dzieci, a Leszek zarządza restauracją w Poznaniu. Pod ścianą skrada się jeszcze jeden domownik. Syberyjski kot Iwan. – Zwiał nam podczas przeprowadzki. Wybrał się na zwiedzanie okolicy, ale akurat rozpętała się straszliwa burza. Szukaliśmy go przez trzy dni, pukając do okolicznych gospodarzy. Gdy straciliśmy nadzieję, wrócił sam. Mocno skołtuniony i przestraszony. Od tego czasu wycieczki już absolutnie go nie nęcą, a my dzięki poszukiwaniom kota poznaliśmy i zaprzyjaźniliśmy się ze wszystkimi sąsiadami – śmieje się Aśka.


Tekst i stylizacja: Kasia Mitkiewicz
Zdjęcia: Joanna Pawłowska
Kontakt do właścicieli: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript. , tel.: 61 427 40 40

Weranda Country nr 1/2013

Zobacz również: