Powered by Spearhead Software Labs Joomla Facebook Like Button

Gałkowo: siedlisko na zawsze

 
 

Zaczęło się niewinnie, od spływu Krutynią. Po wyprawie, zmęczeni i głodni, trafili na kolację do pensjonatu koło Gałkowa. – Wtedy pokochaliśmy tę magiczną wieś – opowiada Ruta.

Gałkowo stało się ich drugim domem

 

Powietrze pachnie tutaj niesamowicie. Raz ozonem po burzy, raz świeżo skoszoną trawą. Na wiosnę bzem, potem piwoniami, a latem różami – opowiada z uśmiechem Ruta, stawiając na stole w oranżerii wiadro pełne kwiatów.

– W Gałkowie nie ma zbędnych rzeczy, które mogą rozpraszać uwagę i odrywać od spraw najważniejszych. Są konie pasące się wolno na łąkach i niebo pełne bocianów. Wieczorami słychać rechot żab, a o poranku naszym naturalnym budzikiem jest klangor żurawi – gospodyni opowiada o urokach wiejskiego życia, po czym znika na moment w kuchni. Gdy wraca, niesie na tacy ciasto udekorowane kwiatami i ziołami z przydomowego ogródka.

Mazury ma w genach. Stąd pochodzi rodzina jej taty Kazimierza. Choć całe dzieciństwo Ruta wraz z siostrą Sarą spędziły w Bydgoszczy, to teraz w Gałkowie mają wspólny dom. Trafiły tu z rodzicami przypadkiem, gdy podczas spływu Krutynią wszyscy razem nocowali w przytulnym pensjonacie. Od tej pory wracali, kiedy tylko mogli. W końcu postanowili kupić ziemię i postawić letnisko. Obejrzeli wiele działek, ale tylko jedna miała tak urzekający widok. Ziemia czekała dwa lata.

reklama

Siostrom i ich mamie Violetcie zależało na tym, aby dom wyglądał tak, jakby stał tu od stuleci. Zjeździły okoliczne wsie, szukając inspiracji, zrobiły setki zdjęć, rysunków i szkiców. Kazimierz przeczesywał Mazury, szukając poniemieckich dachówek, wypłowiałych od słońca desek i starych czerwonych cegieł. A potem w pięć miesięcy postawił dom. Wnętrzami zajęła się Violetta, która, jak zgodnie twierdzi cała rodzina, przyszła na świat z talentem do projektowania i od zawsze miała oko do niezwykłych mebli i dodatków.

Gałkowo miało być weekendową odskocznią, ale spędzili tu całe lato. – Po wakacjach przyszła złota jesień, a wraz z nią hubertus, impreza w stadninie Ferensteinów. Później spadł śnieg i drogę nam odcięły wielkie zaspy. Wtedy poczuliśmy, że znaleźliśmy swoje miejsce na ziemi i że bez wątpienia nie będzie to tylko nasz dom sezonowy – mówi Ruta. – Szybko się okazało, że w tej sytuacji wspólna izba jest dla nas za mała i mamie przyszedł do głowy pomysł rozbudowy siedliska. Rok później pojawiła się stodoła z oranżerią i kilkoma przytulnymi pokojami, które początkowo służyły mamie jako spokojne miejsce do pracy i wypoczynku.

Wszystko się zmieniło, gdy pokazali siedlisko znajomym. Byli zachwyceni. Zaczęli gospodarzy namawiać, żeby w stodole przyjmowali gości. Nalegali, nalegali... Rodzina najpierw urządziła jeden, potem drugi, a w końcu trzy pokoje.

Letnicy nadali siedlisku nowy rytm

 

Kazimierz codziennie wstaje skoro świt, by z zaprzyjaźnionej piekarni przywieźć świeży chleb na zakwasie. Potem krząta się w kuchni, by przygotować dla gości śniadanie. Zrywa miętę z ogrodu – będzie z niej pyszny napar.

Rodzinna atmosfera panuje daleko poza siedliskiem. Serdeczni sąsiedzi wieszają na płocie płócienną torbę z ciepłymi bułkami, sąsiadki zdradzają przepisy na wyborne nalewki z kwiatów czarnego bzu. Ktoś przyniesie mleko prosto od krowy, z którego Kazimierz zrobi swój popisowy twaróg, ktoś inny podrzuci jajka od gałkowskich niosek na jajecznicę ze szczypiorem z przydomowego warzywnika. Tutaj czas płynie wolniej, można się zatrzymać i porozmawiać. O tym, że godziny jednak mijają, przypomina zegar zawieszony pod dachem domu.

Kontakt do właścicielki: pantuniespal.pl

Tekst i stylizacja: Agnieszka Wrodarczyk/Happy place

Zdjęcia: MIchał Skorupski 

Weranda Country 8/2017

Zobacz również: