Powered by Spearhead Software Labs Joomla Facebook Like Button

Dom świąteczny

fot. Dariusz Radej  
 
 

Pisanki zrobione, zające kicają po stołach, baba siedzi w piekarniku. A Kasia wygląda przez okno i myśli o tym, jak dobrze jej w domu na wzgórzu.

U Kasi ze święconką w Wielką Sobotę chodzi się całą rodziną. I do niedawna... z trzema koszyczkami. Teraz, odkąd czternastoletni Norbert przestał uważać się za dziecko, wystarczą dwa. Duży rodzinny i mały dla Milenki, głównie ze słodyczami. Chociaż zanim dojdą do kościoła, często niewiele  w nim zostaje. Kasia bardzo lubi tę już prawie świąteczną sobotę. Jest dużo pracy, ale to miłe, kiedy cała rodzina krząta się po domu. Zaczyna się pieczenie ciast, każdy zajmuje swoje stanowisko. Mistrzyni ubijania jaj, skrupulatny spec od odmierzania mąki i strażnik pilnujący piekarnika. Skoro tylu tu pomocników, Kasia ma chwilę, żeby napić się kawy. Najlepiej usiąść przy oknie, bo za nim po horyzont rozciągają się już zazielenione beskidzkie pagórki.

Właśnie od tego widoku wszystko się zaczęło. Kiedy z Marcinem szukali miejsca na dom, trafili tu w najlepszym momencie – słońce akurat zachodziło za dalekie wzgórza. – Brzmi to może trochę kiczowato, ale od razu się zdecydowaliśmy – śmieje się Kasia.

Baśniowy dom

To najwyżej położone miejsce w wiosce, stąd te bajkowe widoki. I Baśniowy Dom. – Z tą nazwą to trochę samo wyszło – mówi Kasia. Tak się nazywa mój sklep. Można w nim kupić szmaciane króliczki i pegazy, one są naprawdę baśniowe. Zaczęłam je szyć, kiedy urządzaliśmy pokój dla Milenki. Pierwsza przytulanka nie wyszła mi zbyt ładnie, właściwie była bardziej karykaturą, ale i tak się z niej cieszyłam. Teraz robię coraz ładniejsze. I coraz grubsze – dodaje ze śmiechem. – Bloga zaczęłam prowadzić później, na stronie sklepu. A ponieważ piszę o naszym domu, nazwa przylgnęła. Wcale mnie to tak bardzo nie cieszy, ja jednak trochę mocniej stąpam po ziemi – tłumaczy Kasia.

A więc może nie baśniowy, ale na pewno dopieszczony i wychuchany. Kasia po prostu lubi urządzać, przestawiać, dekorować. Większość mebli sama malowała, odnawiała albo projektowała. – Mieliśmy tu takiego fajnego pana Tadeusza, który pracował w Niemczech i przywoził stamtąd dużo ładnych, dawnych mebli. Ale to był człowiek starej daty, kupował wyłącznie komplety i też inaczej nie chciał sprzedawać. Mamy od niego kanapę, oczywiście z fotelami, do których jeszcze był taki okropny marmurowy stoliczek. Całą drogę liczyłam na to, że się gdzieś przy okazji obtłucze albo połamie, ale nic z tego, był solidny. Musiałam się z nim parę lat przemęczyć.

Śmieszna historia była też z innym stolikiem, kawowym. Wymyśliłam sobie do niego okrągłe rzeźbione nóżki i poprosiłam znajomego stolarza, żeby je nam zrobił. Ale to, co zapisałam w milimetrach, on odczytał w centymetrach. I wyszły takie dziwne kulaski. Nam się podobają, więc zostały, a i stolarz zdobył trochę nowych zamówień.

Marcin i dzieci zwykle kibicują tym moim pomysłom. Tylko raz uznali, że przesadziłam, kiedy pomalowałam na czarno okap w białej kuchni. A ja się zastanawiałam, czy w ogóle zauważą! Norbert lubi pracować ze mną przy meblach, przygotowuje je do malowania. Milenka też, ale ona ma jeszcze takie małe rączki. A Marcin pomaga, kiedy trzeba się podłączyć do prądu, przypiłować coś, wywiercić. Nie wiem, jak to się dzieje, ale mnie jakoś zawsze prąd kopie.

Trzeba wracać do pracy. Jeszcze trochę wysiłku i dwa dni laby. U Kasi będą uroczyste śniadanie, goście, świąteczne spacery. A wieczorem rodzinny seans filmowy. Dzieci robią popcorn, potem wybierają film. Najczęściej komedię.

Kontakt do Kasi: basniowydom.pl
Tekst: Eliza Otto
Zdjęcia: Dariusz Radej
Stylizacja: Alicja Radej

Zobacz również – Agroturystyka: dzika Suwalszczyzna.

reklama
Weranda Country 4/2017

Zobacz również: