Powered by Spearhead Software Labs Joomla Facebook Like Button

Agroturystyka na Pomorzu: zacisze wśród koni

Ewa zbiera biało-niebieską porcelanę i błękitne szkło. Igor Dziedzicki  
 
 

 

Zacisze wśród koni

Jeśli los ci sprzyja, nie spiesz się, jeżeli koń jest dobry, nie popędzaj go batem. Ewa wzięła sobie do serca to stare porzekadło i urządziła siedlisko pod lasem.

Pomysł na nazwę lokalu

Pierwsza noc w Karsiborze. Ewa i Krzysiek nie mają jeszcze swoich mebli. Śpią na starej wersalce, która była na miejscu. W szafie wciąż wiszą ubrania po poprzedniej właścicielce, na kredensie leżą wysłużone różańce, a ze ścian spoglądają święci z oleodruków. Dla Ewy to ciężka noc. Z emocji nie może zmrużyć oka. W końcu śni pierwszy sen w nowym domu. Niebieski szczur oprowadza ją po pokojach, kluczą jak po wielkim labiryncie. Gdy rano się budzi, ma już nazwę dla siedliska - Niebieski Szczur.

To zabawne, bo przecież bardzo boję się szczurów. Kiedyś zobaczyłam jednego, schodząc do piwnicy, by napalić w piecu. Tak się wystraszyłam, że potem przez tydzień marzliśmy, ponieważ strach było tam wrócić – śmieje się. I zaraz dodaje, że ta nazwa odstrasza nawet niektórych gości. – Czasem ktoś dzwoni i mówi, że przyjechałby, gdyby nie ten szczur. No cóż, dzięki niemu do Karsiboru trafiają ludzie z podobnym do mojego poczuciem humoru i lekkim dystansem do siebie. 

Remont starego domu

Mówi, że dom znalazł ją sam. Siedem lat temu przeniosła się w okolice pobliskiego Drawska Pomorskiego. – Prowadziłam pensjonat jeździecki. Organizowałam rajdy, trenowałam konie. Jednak szybko zdałam sobie sprawę, że przestaje mi to wystarczać – tłumaczy. Gdy znajomy powiedział, że niedaleko jest stary dom na sprzedaż, razem z Krzyśkiem pojechali go obejrzeć, tak z ciekawości. – W szczerym polu, bez drogi dojazdowej, przy ścianie lasu. Od razu się zdecydowaliśmy, choć nie mieliśmy planu, co dalej z tym robić.

Ale jak to często bywa, jedna zmiana pociąga za sobą kolejną i wszystko zaczyna się układać. Krzysiek tak przeorganizował sobie pracę, że teraz nie musi siedzieć w firmie, dla której pracuje, tylko jeździ do klientów. Potem dokupili sąsiednie gospodarstwo i Ewa urządziła w nim stajnię. Domem też sama się zajęła. Jak mówi, to trochę samograj, bo jest w nim sporo ozdobnych detali, które pamiętają jeszcze czasy sprzed pierwszej wojny światowej. Wystarczyło je po prostu odnowić.

Kiedy zdjęli kasetony z sufitu w salonie, okazało się, że zasłaniały piękne freski. Wyczyścili drzwi z wysokimi szczytami i piece kaflowe. Udało się także uratować starą podłogę. Ewa nie mogła się zdecydować, więc na biało pomalowała jedynie część desek. Ma bardzo dużo obrazów, ale nie lubi, gdy ściany są nimi obwieszone, zatem w domu zostawiła tylko ulubione, a reszta trafiła do stajni. Dowiesza kolejne i powoli robi się tam mała galeria.

Cel i marzenie: życie na wsi

– Moja historia nie jest o tym, jak to mieszczuch przenosi się na wieś i odkrywa swoją pasję. Bo ja za miastem mieszkam od urodzenia i zawsze wiedziałam, co chcę robić  – opowiada Ewa. Jej mama była hodowcą w państwowej stadninie, więc ona od dziecka uczyła się, jak wygląda życie w siodle. Na studiach był akademicki klub jeździecki, wakacje planowała tak, by pracować w stadninie. Na koniu objechała Kaukaz i Rosję. Ale największym przełomem była dla niej samotna podróż do Nepalu. Wtedy zrozumiała, że w końcu chce gdzieś zostać na stałe.

Wcześniej nie mogłam się nawet na psa zdecydować, bo ciągle byłam w rozjazdach. Gdy przyjaciółka dowiedziała się, że wracam na dobre, przywiozła do mnie Wiśnię – mówi. To mieszanka jamnika i pinczera, z takim charakterkiem, że starczyłoby na kilka psów. Gdy tylko widzi, że któryś z koni wyleguje się na łące, siada mu na grzbiecie. Widok Wiśni jeżdżącej konno to wcale nie rzadkość. Później dołączył Misza, postawny owczarek środkowo-azjatycki, który pilnuje siedliska. W domowej ferajnie jest jeszcze osiem kocich przybłęd i cztery konie na stałe.

W stajni są też miejsca dla koni, które dochodzą do siebie po kontuzjach. Zresztą goście Ewy często traktują to miejsce jak sanatorium, gdzie kontakt ze zwierzętami to najlepsze lekarstwo na skołatane nerwy. Przyjeżdżają nie tylko dla koni. Już pod koniec lutego do Karsiboru zlatują pierwsze żurawie. Wiosną ich klangor niesie się echem po całej okolicy. Ale podobno najciekawiej robi się jesienią, gdy na łąkę przychodzą jelenie na rykowisko.

Tekst: Magdalena Burkiewicz  
Zdjęcia: Igor Dziedzicki  
Stylizacja: Agata Jaworska

 

reklama

Zobacz również: