Powered by Spearhead Software Labs Joomla Facebook Like Button


Dom letniskowy dla mieszczuchów

Kiedy przyjeżdżali do domu zimą, bywało i po 7 stopni, bo nie mają kaloryferów. – Grzaliśmy się kominkiem i winkiem – śmieje się Magda. W niedzielę wieczorem było już ciepło i wtedy musieli wracać. Zdjęcia: Aneta Tryczyńska, Stylizacja: Anna Olga Chmielewska, Aneta Tryczyńska  
 
 

Wyjazd na weekend to jakby przejście na drugą stronę lustra. W mieście zostawiają wszystkie „muszę”, „trzeba”, „powinienem”, żeby tutaj nie robić nic. Co najwyżej przyjmować gości.

W tygodniu Magda i Jerzy są mieszczuchami. Za to w piątek zaraz po pracy ładują kota do samochodu i jazda na wieś. Po drodze kupują wiejski chleb, jaja, ser i przed wieczorem starają się być w domku. Bez pośpiechu robią kolację i punkt dwudziesta zasiadają przed radiem, żeby posłuchać Listy Przebojów Trójki. To taki mały rytuał. – Sobota i niedziela przebiegają pod hasłem „każdy robi to, co chce” – opowiada Magda. – Trochę poczytamy, posiedzimy na ganku albo nie robimy nic. Chociaż właściwie powinniśmy popielić albo pomalować płot.

Sytuacja zmienia się, kiedy do Zalasowej zjeżdżają przyjaciele. Jerzy jest specem od dań jednogarnkowych i makaronów. Robi takie smakowite rzeczy, że ona do obiadu może się nie dotykać, najwyżej coś obierze czy pozmywa, piecze za to pyszne ciasta. Popisowy przepis to przykryty galaretką tort ambasador z masłowo-budyniową masą, mnóstwem bakalii i ananasami.

reklama

A jeszcze niedawno na zapuszczonej działce cudem stała drewniana chałupka na kamiennej podmurówce. Bali się, że porwie ją jakaś trąba powietrzna. Przepis na nowy dom Jerzy miał już w głowie: – Będzie prosty, na planie prostokąta, z gankiem na środku i jabłonką przy wejściu. Podobny do starego. Plany zrobili Małgosia i Andrzej Bacikowie, którzy wcześniej pomagali im urządzić tarnowskie mieszkanie. Budowa ruszyła 13 października 2010, a dokładnie dwa lata później Jerzy urządzał pierwszą imprezę.

Inspiracja z Północy
 

Dom jeszcze nie był gotowy, gdy wybrali się do przyjaciół w Norwegii i tam ich olśniło. Wszędzie stonowane kolory, lekkość, prostota. – A potem koleżanka przysłała mi katalog marki Ilva, to taka duńska IKEA. Oglądałam go w nieskończoność – mówi Magda. Dlatego wysoki sufit w salonie został obity deskami (zwyczajny strop nie wyglądałby tak fajnie). Meble są białe, a dodatki niebieskie. – W pewnym momencie zaczęłam żyć tym domem. Koleżanki w pracy miały już chyba dosyć – śmieje się. A i Jerzy kilka razy zrobił duże oczy. Tak było w przypadku okapu. Magda z Małgosią wynalazły czarnego Smega, ale nie można go było obejrzeć ani w Tarnowie, ani nawet w Krakowie.

Był w… Warszawie. Nie chciały kupować kota w worku. – Jechać tyle kilometrów zobaczyć okap – nie mógł nadziwić się Jerzy. Wreszcie dały sobie spokój i kupiły urządzenie przez internet. Może trochę za głośno chodzi, ale nic to, bo wygląda genialnie. Ze stołem sprawa była poważniejsza. Najpierw zadzwoniła koleżanka z Norwegii, że krzesła, które tak się podobały Magdzie, przecenili o kilkaset koron. – Kupujemy – zapadła decyzja, ale gdzie dobrać do nich stół? Stolarza znalazła o 160 kilometrów od Zalasowej. Jeździła do niego dwa razy, aby dopasować kolor. – W sumie 600 km – oblicza. Jerzy przestał się dziwić, kiedy mebel zobaczył. Dokładnie taki, jaki sobie wymarzyli. Potem skupili się na drobiazgach: a to ramki do zdjęć, które zrobili w Norwegii (wiszą nad komodą), a to duńskie rzeźbione krzesełko (stoi w sypialni), żeliwny kociołek do gotowania w ognisku (jest tak ładny, że trzymają go w kuchni), witryna na skarby – idealna na biało-niebieski serwis. Magda kupiła go pod wpływem emocji.

Spojrzała i przypomniała sobie babciną porcelanę w kwiatki. – Wydawało mi się, że wszystko mam dopieszczone. Do czasu przyjazdu ekipy „Werandy” na sesję zdjęciową. Na podwórko wjechała osobówka załadowana po dach – śmieje się. – Dziewczyny trochę mi poprzestawiały, ale zobaczyłam, że wystarczy kilka drobiazgów, a dom pięknieje w oczach – dodaje. Teraz wszystkim opowiada, jak się robi prawdziwą stylizację! Magda odkupiła nawet parę rzeczy. – Nie macie ryby i wieńca, to autostopowicza możecie zabrać – dowcipkował Jerzy, kiedy załadowały samochód do Warszawy.

reklama

O tym, jakie mają widoki, Magda i Jerzy przekonali się dopiero, kiedy dom już stał. – Odwiedziła mnie koleżanka. Rozejrzała się, a pogoda była przepiękna, powietrze aż kryształowe. „O, Tatry widać – stwierdziła”. Zamurowało mnie – śmieje się Magda.

Dom „weekendowy” coraz bardziej ich wciąga. Pierwszy raz zostają w nim na wakacje. – Wpadnie mama, potem siostra Ania, później znajomi – wylicza Magda. – Jerzy jest w siódmym niebie, bo chciałby mieć gości cały czas.

Tekst: Beata Woźniak
Stylizacja: Anna Olga Chmielewska, Aneta Tryczyńska
Zdjęcia: Aneta Tryczyńska
kontakt do architektów: pracownia projektowa mm architekci, www.mmarchitekci.pl
Za pomoc w sesji dziękujemy: Almi Decor, agamartin.com, dutchhouse.pl, House&More, Scandinavian Living

Weranda Country nr 5/2013

Zobacz również: