Powered by Spearhead Software Labs Joomla Facebook Like Button

Dom w fabryce z wapienia

Budynek jest na liście zabytków. Jego historia sięga 1881 r. zdjęcia Tommy Durath/House of Pictures  
 
 
W porcie w miasteczku jest targ i wędzarnia. Lena i Janne codziennie przynoszą stamtąd owoce i ryby na obiad. Latem najchętniej siadają do stołu przed domem. Z widokiem na morze wszystko lepiej smakuje.  
 
Kto tu mieszka?
Lena i Janne. Mają córkę Alicję i psa Smillę.
Kamieniste, długie wybrzeże szwedzkiej wyspy Olandia z jednej strony zwrócone jest ku lądowi, a z drugiej śmiało spogląda na Bałtyk. Stąd już niedaleko na Gotlandię. Lena i jej mąż Janne co roku przyjeżdżali tu z przyczepą kempingową na wakacje. Przeciągali urlop tak długo, jak się dało, byle nie wracać do Sztokholmu. – Wpadliśmy po uszy – opowiada Lena. – Coraz bardziej dawały nam w kość biało-szare zimy i chłodne dni w mieście. Zaczęliśmy na poważnie myśleć o przeprowadzce – tłumaczy. 
 
 
Marzenia w gruzach

To miał być wiejski dom z kamienia. Jak najbliżej morza. Ale jak na złość nic takiego nie wystawiano na sprzedaż. Tylko tę starą fabrykę z wapienia. Nawet na zdjęciach wyglądała jak rudera. Jednak w końcu zdecydowali się tam pojechać. 

– Nie mieliśmy pojęcia o budowlance, ale nie trzeba tu było eksperta, by stwierdzić, że remont będzie długi i drogi. Wszyscy nam to odradzali, przekonując, że taniej byłoby wyburzyć tę ruinę – opowiadają. Ale to nawet nie wchodziło w grę, bo okazało się, że budynek jest na liście zabytków. Jego historia sięga aż 1881 roku. Zamiast fabryki kupili więc sąsiednią działkę, a marzenie o domu z kamienia odsunęli na bok. 
 
Cztery sciany
 
Gdy latem znów przyjechali na wakacje, z okien przyczepy tym razem mieli widok na niszczejący zabytek. Sypał się coraz bardziej. W miasteczku zaczęto nawet plotkować, że właściciel specjalnie nic z nim nie robi, żeby budynek sam się w końcu zawalił. Wtedy mógłby sprzedać ziemię. – Nie mogliśmy na to pozwolić! To był przecież „nasz” dom – opowiadają.  
 
W ten sposób stali się szczęśliwymi posiadaczami czterech ścian. – Całkiem dosłownie, bo prawie wszystko inne trzeba było wymienić – śmieje się Janne. – Musieliśmy zerwać dach, stary do niczego już się nie nadawał. Podłogi w ogóle nie było, a jedyne, co dało się jeszcze ratować, to okna – wylicza. 
 
Zaczęli od zbrojenia fundamentów, by ściany się nie kruszyły. – Z dachem trzeba było sporo pogłówkować, by konstrukcję zaakceptował konserwator zabytków. Ale udało się – mówi dumnie Lena. Przekonali go też do dużych okien wychodzących na północ, w kierunku morza, bo początkowo plan zabudowy nie przewidywał tu zmiany. 

reklama


By zaoszczędzić, zrezygnowali z adaptowania poddasza nad całą powierzchnią domu. Teraz belki stropowe i sklepienie dachu pięknie górują nad salonem. Takie rozwiązanie jest zresztą zgodne z pierwotną architekturą i funkcją tej części budynku – miejsce u szczytu dachu było potrzebne, by dźwig mógł podnieść ciężki ładunek. 

Lena i Janne musieli się liczyć z każdym groszem. Nie starczyło im już pieniędzy na drewnianą podłogę, dlatego zdecydowali się na beton. – Ze ścianami też nie wyszło tak, jak zaplanowaliśmy. Oszczędności wystarczyło nam tylko na ich otynkowanie. Ale stwierdziliśmy, że takie nierówności bardziej nam się podobają – dodaje Janne. Po pierwszym roku mieli już prawie gotową kuchnię i sprawną łazienkę, lecz minęły jeszcze dwa lata, zanim mogli się tutaj poczuć jak w prawdziwym domu.
 
Dom otwarty
 
– Niemal za każdym razem, gdy przyjeżdżał do nas ktoś ze znajomych, dostawaliśmy jakiś mały mebel lub dekorację. Resztę przywieźliśmy ze Sztokholmu. Objechaliśmy też chyba wszystkie wyprzedaże garażowe w okolicy. Nie jesteśmy wybredni, taki miks bardzo nam odpowiada – tłumaczą gospodarze.

Cały dół to otwarta przestrzeń. Tylko pomieszczenia na piętrze – ich sypialnia, pokój córki i łazienka – oddzielone są ścianami. – I tak naprawdę 
te cztery wapienne ściany na szczycie urwiska to wszystko, czego potrzebujemy do szczęścia – kończy Lena. 
 
 
tekst: Anna Örnberg/House of Pictures 
zdjęcia: Tommy Durath/House of Pictures 
opracowanie: Magdalena Burkiewicz 
 
Weranda Country nr 7/2016

Zobacz również: