Powered by Spearhead Software Labs Joomla Facebook Like Button

Ucieczka od zgiełku

Ucieczka od zgiełku Fotografie: Andreas von Einsiedel/East News  
 
 

Przeprowadzka z Londynu do starego młyna zajęła Amber dosłownie dziesięć dni. Teraz budzi ją kojący szum rzeki, a mały Oliver bawi się na łące koło domu pod opieką niezawodnych niań – labradorek.

Dzieci zmieniają życie – ten truizm dotarł do Amber Galloway, gdy urodził się Oliver. – Maluch nie powinien siedzieć w oparach miasta, niech zasmakuje wsi – pomyślała i postanowiła wyprowadzić się z Londynu. Najbardziej entuzjastycznie jej pomysł przyjęły dwie labradorki – Suede i Bieługa. Wypatrzyła nawet działkę z parą betonowych domków letniskowych, które planowała wyburzyć, a na ich miejscu postawić drewniany dom w amerykańskim stylu. Jednak nim podpisała umowy, zdarzyło jej się jechać przez hrabstwo Hampshire. – Z drogi zauważyłam młyn nad rzeką – wspomina Amber. – Zaintrygował mnie, więc podjechałam, by popatrzeć z bliska. I stało się. Dla zniszczonego stulatka, choć można go było tylko wynająć, zrezygnowała z amerykańskiego snu.

reklama

– Wszystko ruszyło z kopyta, bo okazało się, że mam dziesięć dni na zabranie rzeczy ze starego lokum – mówi. Dla wielu ludzi przeprowadzka na łapu-capu byłaby ciężkim przeżyciem. Jednak Amber ma doświadczenie, jest dekoratorką wnętrz i szybkie zmiany to jej specjalność. Miejscowych robotników znalazła z dnia na dzień i zabrała się do odświeżania młyna. Pokoje wyszorowała i pomalowała, zdarła posadzkę. Pod nią leżały potężne dębowe deski. Nad głową, po zdjęciu warstwy kurzu i pajęczyn, pojawiły się grube belki sufitowe. Amber nie szastała pieniędzmi, szukała pomysłów tanich i efektownych. – Niczego nie wyrzucam, znajduję tylko nowe zastosowania dla sprzętów i przedmiotów, które przestały mi pasować.

W łazience wykorzystała więc kafelki, pozostałe z projektu realizowanego dla klienta, a znalezione kiedyś konary zamieniła w podstawę lampy. Część remontu zrobiła sama. – Pudło z narzędziami zawsze mam pod ręką i znam się co nieco na ciesielce i układaniu podłóg – mówi. Pracom przyjaźnie sekundowali właściciele domu. Wyraźnie cieszył ich widok piękniejącego młyna. Obawiali się trochę o wystrój, bo roboty było co niemiara, ale i pod tym względem nie docenili Amber. – Jestem klasyczną sroką – żartuje. – Znajduję przedmioty i znoszę do domu. Dopiero potem główkuję, jak to wszystko połączyć.
 

Weranda Country nr 3/2010

Zobacz również: